|
Obrażalscy
"Kawa bez mleka" zamiast "kawy czarnej" to nie żart. Między innymi w Irlandii nie można zamówić "kawy czarnej", bo uwłacza to Murzynom, którzy są, jak powszechnie wiadomo, większością etniczną Wyspy Zielonej.
Przykład hiperpoprawności językowo-tolerancyjnej nie jest odosobniony. Na Półwyspie Iberyjskim nie wolno na oddziałach położniczych używać słów "mama" i "tata", bo to z kolei uwłacza homoseksualistom, oczekującym tam na to, co spłodzili in vitro. Jako że język nie toleruje pustki, mile widziane są wyrazy podkreślające "partnerstwo". Co się ludzie tacy obraźliwi porobili? Przypomina się wiersz J. Tuwima "Raport"
O film, panie ministrze,-
obrazili się wachmistrze.
O wiersz, panie generale,
obrazili się kaprale.
O artykuł w tygodniku -
Ordynansi, panie pułkowniku.
O piosenkę, panie majorze,
Żony sierżantów w Samborze.
Tak samo powinienem oburzyć się i obrazić, gdy słyszę słowo "hanys", a sąsiedzi zza Przemszy powinni oprotestować słowo "gorol". Po Ślązakach i Zagłębiakach przyjdzie kolej na "juhasów", "ceprów" i Kaszubów, którzy, jak fama głosi, mają czarne podniebienia i włosy między palcami. Poznałem kilka osób o kaszubskim rodowodzie, ale wyżej wymienionych cech nie stwierdziłem. Widocznie tylko podawali się za przedstawicieli pomorskiej mniejszości.
Obawiam się, że w wyniku wprowadzania, propagowania i egzekwowania ogólnej poprawności powstanie bliżej nieokreślona mierzwa, a poczucie przynależności do jakiejkolwiek małej ojczyzny zniknie nawet z dowcipów. Powody nie muszą być etniczne, ale o takich (teraz) piszę, bo na liście książek zalecanych do czytania w ramach akcji "Cała Polska czyta dzieciom" znalazłem taki właśnie przykład. Chodzi o Porwanie w Tiutiurlistanie. Postać Cygana Nagniotka utrwala negatywny stereotyp osób narodowości romskiej. Cel szczytny, ale stopień poprawności organizatorów budzi grozę.
Z drugiej strony inne kultury chętnie sięgają po dzieła literatury europejskiej. Arabowie nie mają nic przeciwko temu, by na Bliskim Wschodzie czytano Pinokia. Jeden warunek: Należy wyraźnie zaznaczyć w tekście, że Pinokio jest muzułmaninem. Nie piszę "dobrym muzułmaninem", bo wyznawcy Allacha są dobrzy z definicji.
Niedawno zobaczyłem na warszawskim dworcu plakat (reklamę?), z którego spoglądała na mnie ładna ale smutna kobieta. Podpis głosił: "Lesba - słyszę to codziennie". Postałem chwilę, bo sztuka wzbiła się na takie wyżyny, że skromny prowincjusz nie wszystko jest w stanie objąć mizernym rozumem. Gdy widzę plakat z głodnym dzieckiem lub sierotą, to jeszcze wiem, o co chodzi. Ale co ta pani słyszy codziennie i od kogo - pojęcia nie mam. Nie rozumiem też, czy dama z plakatu chwali się, czy skarży? Może pragnie tolerancji albo 1%, który mogę przekazać z podatku na rzecz wybranej przeze mnie organizacji? Ot, zagadka.
Mimo swoich niereformowalnych poglądów jestem często zapraszany do bibliotek. Witając się z dziećmi, mówię: "jestem pisarzem", a nie: "jestem śląskim heteroseksualistą". Może tu tkwi problem (lub jego rozwiązanie)?
Zamiast terroryzować ludzi "kawą bez mleka", "partnerstwem", "Romem Nagniotkiem" czy historią o drewnianym pajacyku - mahometaninie, wystarczyłoby mówić prosto i jasno, kim się jest w danej sytuacji, zamiast manifestować w najmniej oczekiwanym (często najmniej odpowiednim) momencie swoje preferencje seksualne i korzenie etniczne. No, chyba, że ktoś odczuwa nieodpartą potrzebę dowartościowania się przez dookreślenie swojej osoby na dowolnym polu.
Ale skoro piszę o preferencjach, kolorze skóry, religiach i literaturze, to nie po to, by robić tu wtręty o tym, że na ubrania mam drewniany wieszak stojący, a moja córka z pierwszej licealnej robi prezentację multimedialną o ogrodach japońskich. A może powinienem?
O film, panie ministrze,
obrazili się wachmistrze.
O niemożność pochwalenia się córeczką
Obraził się
Kazimierz Szymeczko
|
|