Wyszukiwarka
Biblioteka w szkole Biblioteka w szkole Wszystko dla szkoły Biblioteka centrum informacji Świetlica w Szkole Świetlica w Szkole
Aby dostawać nowości podaj e-mail: 
Zapisz:Wypisz
 
Szukaj: 
Aktualny numer 05/12
Na skróty
Aktualny numer
Prenumerata i zakup numerów archiwalnych
Archiwum
Zawartość wszystkich numerów "BwS"
w programie MOL
Spisy treści roczników
Wyszukiwarka
Informacje dla autorów
Rekomendowane publikacje
Bibliografia materiałów repertuarowych dla szkół
Bank przydatnych
materiałów
Partnerzy
Galeria bibliotekarzy
Stopka redakcyjna
KONTAKT
"Biblioteka w Szkole"
00-950 Warszawa
skr. pocztowa 109
email:
bibliotekawszkole@sukurs.edu.pl
tel./fax 0-22 832 36 12
tel. 832 36 11
Ostatni numer
ukazał się
25 kwietnia 2012
Zbieramy autografy

Halina Kula-Żmuda

Zaczęło się od fortelu...

50 lat biblioteki minęło w marcu 1995 roku, ale dopiero jesienią tego roku - przypadkiem - natknęłam się na wiadomość o tym, wertując pierwszy powojenny zeszyt Protokołów Rady Pedagogicznej, obejmujący okres od 1945 do 1950 roku.

Nigdy nie traktowałam pracy bibliotekarki tylko jako nieruchomego siedzenia za biurkiem i wypełniania kart lub stemplowania książek. Chciałam czegoś więcej - no i była ku temu okazja - biblioteka mogła mieć swoje urodziny.

Konkursy konkursami, ale mnie się marzyło spotkanie z jakimś pisarzem lub poetą.

Jeszcze kilka lat temu byłoby to możliwe - "ktoś" organizował takie spotkania autorskie. Nie wiem, kto za nie płacił, ale pisarze byli chętni.

Teraz, z pozycji szkoły - bardzo przecież ograniczonej materialnie - nie widziałam możliwości, by kogoś zaprosić, zapłacić mu, zafundować podróż powrotną, posiłek, kwiaty. To przekraczało nasze (a tym bardziej moje) możliwości.

Tu był potrzebny pomysł! Fortel, jakby powiedział Zagłoba. A ja wkrótce taki fortel miałam!

Już wiedziałam - będę pisać i prosić o autografy!

Ba, łatwo pomyśleć, trudniej wykonać.

Zaczęłam od telefonu do pani Marii Krüger, autorki wielu pozycji dla dzieci ("Dar rzeki Fly", "Klimek i Klementynka", "Było? Nie było", "Złota korona", "Szkoła narzeczonych") i może najbardziej znanej powieści dla dziewcząt pt.: "Godzina pąsowej róży", spopularyzowanej dzięki filmowi.

Zdobyłam numer telefonu i zadzwoniłam. Głos w słuchawce niewiele mi powiedział o wieku mojej rozmówczyni.

Przedstawiłam się i powiedziałam, o co mi chodzi. W rozmowie padło również sformułowanie "spotkanie autorskie". Pani Maria tłumaczyła, że źle się czuje, bo niedawno chorowała. Wiedziałam, że nikt nigdy do nas nie przyjedzie ze stolicy i to bez wynagrodzenia.

Można rzec - zdębiałam, gdy pani Maria zapytała, czy ja wiem, ile ona ma lat.

Nie wiedziałam, i nie sprawdziłam tego w żadnych źródłach. Zagaiłam więc, że sądząc po książkach, które pisze i dla kogo je pisze - sama może mieć ok. 60 lat. Czytają ją i młode panienki i dorosłe panie, np. nauczycielki. ("Odpowiednia dziewczyna", "Po prostu Lucynka P.", "Szkoła narzeczonych" itp.).

A wtedy pani Maria roześmiała się i powiedziała:

- Droga pani, ja mam prawie 90 lat! Sama chętnie bym do was przyjechała, ale już mi lekarz nie pozwoli!

Wiedziałam już, że popełniłam gafę, ale pani Maria była tak miła i serdeczna, że nie dała mi tego odczuć.

Porozmawiałyśmy jeszcze chwilę i pani Krüger obiecała w krótkim czasie nadesłać do nas paczkę z książkami.

Jakoż paczka nadeszła i zawierała sporo. Był tam również list do młodzieży i do mnie, były książki dla dzieci i pozycja dla mnie. Było mi bardzo miło, gdy w "moim" liście pani Maria napisała:

Pozdrowienia dla pani Haliny na pamiątkę naszych spotkań w eterze. (1.1996)

dotyczyło to, oczywiście, naszej rozmowy telefonicznej, a w książce napisała:

Droga pani Halino, proszę przyjąć tę różę od Marii Krüger i czasem ją wspomnieć (1.1996).

Korzystając z pomocy koleżanek z Biblioteki Miejskiej w Zawierciu i książki pt.: "Kto jest kim w Polsce" (niestety, mocno już nieaktualnej) wysłałam kilkanaście listów do różnych osób, w przeważającej większości pisarzy.

Udało się na tyle, że na Jubileuszu 50-lecia biblioteki, którego główne obchody przełożyłam na początek 1996 roku, nasz zbiór, czy może raczej zbiorek autografów liczył już 13 sztuk.

To wtedy napisali do nas:

Małgorzata Musierowicz, Józef Ratajczak, Marta Tomaszewska, Wiktor Woroszylski, Sobiesław Zasada, Wojciech Żukrowski, Joanna Papuzińska, Wanda Chotomska, Ludwik Jerzy Kern, Szymon Kobyliński, Ewa Nowacka, syn Stanisława Pagaczewskeigo, Maciej Kuczyński i Maria Krüger.

To wtedy, nieco spóźniona, już "po terminie", nadesłała swój list (i sporą paczkę książek!) Małgorzata Musierowicz. Remont mieszkania przeszkodził jej w systematycznym przeglądaniu korespondencji, ale ponieważ "lepiej późno niż wcale", ona wolała "lepiej późno".

A ja się oczywiście z tego cieszyłam!

W tej pierwszej wersji mojego zbioru autografów wszyscy - z wyjątkiem Sobiesława Zasady - byli literatami.

Zauważyłam, że szanowali mój pomysł, który chwalili i pisali, że im się spodobał. Niektórzy, jak np. Maciej Kuczyński, zakończyli swój list piękną, głęboka myślą, którą odtąd zawsze wykorzystuję jako główne motto tego, co robię i jako podstawę sensu istnienia naszego bibliotecznego księgozbioru autografów.

Myśl owa brzmi tak:

Myślę, że to bardzo dobry pomysł z wystawką autografów, bo trzeba młodzieży przypominać wszelkimi sposobami, że książki jeszcze istnieją. (20.1 1996)

Ciekawie potraktowała naszą prośbę o autograf Wanda Chotomska, która nadesłała, bardzo szybko, specjalnie na nasz biblioteczny jubileusz napisany wiersz:

Wysyłam list w kopercie,

adres?  -

Szkoła Podstawowa nr 4

ul. Powstańców Śląskich 18,

Kod - 42-400 Zawiercie.

A w liście

mnóstwo buziaków

dla wszystkich

zawierciaków,

uśmiech - jak rymy wesoły

i niski ukłon dla Szkoły.

Całkiem prywatnie potraktował mój list artysta - rysownik Szymon Kobyliński; niewiele wcześniej obchodził bowiem 50 - lecie pracy i z tej okazji w "Życiu Warszawy" zamieścił stosowny rysunek, przedstawiający swoją karykaturę. Otrzymaliśmy oryginał tego rysunku, co znacznie podniosło wartość naszej kolekcji.

Miłą niespodzianką był list syna Stanisława Pagaczewskiego, pana Tomasza, który, pomimo, że Ojciec nie żył już od kilku lat, nadesłał - oprócz listu - starą książkę o Pieninach - "Z biegiem Dunajca" z 1954 roku, z podpisem Ojca z dawnych lat i wklejonym ekslibrisem. Bardzo cenny dar!

Z innych, zarówno Joanna Papuzińska, jak i Marta Tomaszewska, nadesłały długie listy, z czego druga, autorka wielu powieści przygodowych dla młodzieży, również 2 książki.

Ewa Nowacka - również kilka książek - każda z dedykacją.

Z panów - Józef Ratajczak przysłał książkę z dedykacją, zaś Wiktor Woroszylski - kartkę z ludowym rysunkiem i podpisem.

Dwie duże paczki książek przekazał nam wówczas jedyny sławny człowiek "nie z branży", sportowiec (rajdy samochodowe) i biznesmen - Sobiesław Zasada. Były to pięknie wydane wspomnienia rajdowca pt. "Moje rajdy", atlasy samochodowe - współczesne i reprinty.

Do wszystkich moich korespondentów wysyłałam podziękowania z dołączonym rysunkiem, wykonanym przez mojego syna Marcina. Przy pierwszym kontakcie (bo takie są) naczytałam się sporo pochwał na ich temat.

Joanna Kulmowa napisała np.:

...dziękuję za list z rysunkami syna - rzeczywiście bardzo udanymi. Delikatna kreska przypomina kreskę Uniechowskiego...

Podobne zdanie wyraziła Halina Popławska:

Dziękuję Pani bardzo za rysunki syna, jest wybitnie utalentowany. (12.1999). Dzięki za śliczną winietę - z pewnością dzieło Pani utalentowanego syna. (12.2000).

Zupełnie oddzielna opowieść należy się Danielowi Olbrychskiemu, bowiem jest o czym pisać i z czego się cieszyć. Był styczeń 1999 roku i przygotowania do spóźnionego jubileuszu szkoły były w gorączkowym toku, gdy niespodziewanie zawołano mnie do telefonu. No cóż, na dwa lata przed końcem XX wieku telefon - rzecz normalna, ale to był telefon od pana Daniela Olbrychskiego! Kiedy brałam do ręki słuchawkę, wiedziałam już, z kim będę rozmawiać.

Rozmowa z panem Danielem potoczyła się swobodnie i wesoło. Tłumaczył się, że jeszcze nie nadesłał swoich książek, ale list mój, (wysłany w październiku 1998 roku) otrzymał dopiero podczas świąt Bożego Narodzenia. List przechowali sąsiedzi, wiedząc, że przyjedzie zimą do swego ulubionego domu w Kazimierzu Dolnym.

Nie było, oczywiście, za późno, a ja bardzo się cieszyłam, że okazał zainteresowanie moją prośbą o autograf i że w należyty (dla nas !) sposób na nią zareagował. Nie omieszkałam mu o tym opowiedzieć, skarżąc się, że aktorzy są mniej "obowiązkowi". To pisarze i poeci częściej odpowiadają na mój list i doceniają pomysł.

Zapytał, do kogo pisałam. Odpowiedziałam, wymieniłam Annę Seniuk, Maję Komorowską, Krystynę Jandę...

Pan Olbrychski wykrzyknął zdziwiony:

- Krysia!? Przecież to moja sąsiadka! Zaraz ją pogonię. Obiecuję zadzwonić!

Obiecał, zadzwonił i "pogonił", bo za kilka dni nadeszły 2 przesyłki od Olbrychskiego, a zaraz potem - piękna książka z autografem od Krystyny Jandy.

Niezwykła, również zabawna historyjka wiąże się z Olgą Tokarczuk.

W stosunkowo mało ambitnym czasopiśmie, tzw. kobiecym tygodniku, podano w maleńkiej notatce, że pani..., teściowa Olgi Tokarczuk w takiej a takiej kreacji  wybiera się na bal sylwestrowy 2000. Pani ta, zatrudniona w kiosku "Ruchu" na dworcu kolejowym w mieście... chętnie sprzedaje coraz bardziej znane, popularne i cenione powieści swej synowej.

Zaryzykowałam. Napisałam dwa listy. Jeden do pani Olgi, w kopercie - otwartej, włożony był do drugiej większej koperty, adresowanej na nazwisko pani..., kiosk "Ruchu", dworzec kolejowy w... W liście do pani... wszystko wyjaśniłam i prosiłam o dalsze przekazanie mego listu. List doszedł, a teściowa widocznie z ochotą spełniła mą prośbę, bo wkrótce otrzymałam przesyłkę od Olgi Tokarczuk, a w niej książkę "Dom dzienny, dom nocny", oczywiście z dedykacją!

W zupełnie cudowny sposób udało mi się zdobyć autograf Agnieszki Holland.

Również w piśmie kobiecym, tym razem w miesięczniku, ukazał się artykuł o pewnej pani, matce Agnieszki Holland. Pani ta mieszka w dużym mieście, ale sporo mieszkańców ulicy... dobrze ją zna. Bądź co bądź - obie córki to sławne reżyserki! (druga to Magdalena Łazarkiewicz).

Zdobyłam mapę tego miasta, udało mi się znaleźć wymienioną w artykule ulicę. Uliczka niewielka, a okolica wygląda na dzielnicę domków jednorodzinnych, gdzieś na obrzeżach miasta.

I znów zaryzykowałam. I znów się udało! Pomyśleć, że Agnieszka Holland, mieszkająca gdzieś w Bretanii, we Francji, otrzymuje okrężną drogą moją prośbę i... po prostu ją spełnia. Otrzymaliśmy plakat z widoczną dobrze dedykacją dla uczniów naszej szkoły. Plakat ten uświetnił 25 - lecie pracy reżyserskiej Agnieszki Holland.

Adres i telefon Ireny Jurgielewiczowej zdobyłam dzięki rozmowie telefonicznej z panią Martą Tomaszewską.

Rozmowa dotyczyła powieści pani Marty z 1973 roku pt.: "Tajemnica białego pokoju", a będącej przedmiotem dużej literackiej pracy, którą wówczas pisałam. Przy okazji wspomnień powieści młodzieżowych, padło nazwisko autorki "Tego obcego" lub tytuł tej powieści.

Pani Marta wspomniała, że wybiera się po południu do pani Ireny, żeby ją odwiedzić. Trochę byłam zdziwiona, bo jak nie liczyłam lat Marii Krüger (rocznik 1911), to Irenę Jurgielewiczową umiejscowiłam w dość "późnym okresie późnej jesieni wieku" (jak się okazało - rocznik 1903) i zdziwiona byłam, że jest na tyle sprawna, żeby pisać.

Co prawda znacznie się "posunęła", jak powiedziała Marta Tomaszewska, ale, jak dotychczas, dawała sobie radę i kończyła kolejną książkę.

Dostałam numer telefonu, dostałam adres, napisałam i zadzwoniłam. Pani Irena była mile zdziwiona, że ktoś o niej pamięta. Obiecała, napisała - dla szkoły wysłała 2 pięknie wydane książki, dla mnie - równie piękną - wspomnieniową ("Byłam, byliśmy"). Słabiutko mówi, słabiutko pisze, ręka nie słucha już pisarki, ale ostatnio - po Bożym Narodzeniu i po Wielkanocy - życzeniami odpowiedziała na moje życzenia.

13 stycznia Irena Jurgielewiczowa skończyła 98 lat - ogłosiłam to klasie VI, która była akurat w trakcie czytania "Tego obcego". Pokazałam przy okazji nadesłany - bardzo smutny list starszej kobiety oraz piękne książki i miłe życzenia na kartkach pocztowych.

Miłe doświadczenia mam z korespondencji z Prezydentem RP, Aleksandrem Kwaśniewskim, i jego żoną, panią Jolantą Kwaśniewską. Nasz zbiór wzbogaciły 2 piękne, kolorowe fotografie państwa Kwaśniewskich oraz miłe słowa dla szkoły i podziękowania za życzenia świąteczne.

Z kolei Ewa Lipska (zawsze dziękująca za życzenia z okazji Świąt Bożego Narodzenia - kartką z Wiednia) zapowiedziała przy którejś okazji:

Tak się składa, że  w przyszłym roku będę się przeprowadzać (a raczej: będę wracać!) do Krakowa. W związku z tym chętnie przekazałabym Państwu pewną ilość moich książek, z których nie korzystam, a zapewne znajdą one czytelników w Pani bibliotece. Jeżeli pani pozwoli - zatelefonuję z Krakowa - i omówimy szczegóły, dobrze? (10.12.2000)

Z niecierpliwością czekam, czy pani Lipska będzie o nas pamiętać również w ferworze przeprowadzki lub po niej.

Podobną chęć podzielenia się swoim księgozbiorem wyraził Andrzej Wajda w swoim pierwszym liście do nas:

Chętnie przekażę szkolnej bibliotece cześć mojego księgozbioru, który z biegiem lat nagromadził się w nadmiarze. (28.5.1999).

Wtedy również nadesłał nam 2 piękne książki - z czego jedna to album z pięknymi zdjęciami ze swego nowego filmu "Pan Tadeusz", druga to "Podwójne spojrzenie"

Pisałam do niego zaraz po premierze "Pana Tadeusza", pisałam po otrzymaniu Oskara. Wysłaliśmy również rysunek ilustrujący dorobek reżyserski Andrzeja Wajdy.

Wiem, że jako laureat Oskara jest jeszcze bardziej zajęty, ale wciąż mam nadzieję, że się do nas odezwie.

Niech ktoś powie, że człowiek nie uczy się przez całe życie. Oto znów gdzieś przeczytałam, że w Krakowie odbywa się wystawa projektów witraży i rysunków Józefa Mehoffera - "Opus Magnum" - malarza i twórcy witraży z przełomu wieków, z okresu Młodej Polski.

Napisałam, bo kustoszem, pomysłodawcą i organizatorem wystawy okazał się Ryszard von Mehoffer, wnuk malarza.

Od czasów studenckich wisi u mnie w domu taniutka - rzekłabym siermiężna - reprodukcja wspaniałego obrazu Mehoffera "Dziwny ogród". We wspaniałym ogrodzie, czy może raczej sadzie, znajduje się troje ludzi - tajemnicza piękna kobieta w granatowej sukni i takim kapeluszu, uśmiechnięta, pełna spokoju nieśmiała wieśniaczka, może niania i mały, może dwuletni nagi chłopiec z blond fryzurą. Wydawałoby się - zwykły obrazek rodzajowy, jakich sporo w muzeach.

Nic bardziej błędnego, bo oto na tle głębokiej zieleni liści drzew, zawieszona niby w próżni, wisi nienaturalnie olbrzymia ważka z szeroko rozpostartymi skrzydłami.

Wisi, a może czegoś oczekuje? Niby fatum, niby przeznaczenie, od którego trudno zbiec.

Co przyniesie tym ludziom na obrazie? Kobiecie i dziecku?

Piszę o tym obrazie tak dużo, bo dziwnym trafem ten piękny obraz był moim ulubionym i takim pozostał do dziś, a dziecko... Kilka lat później, kiedy mój starszy syn miał 2 lata, wyglądał ze swoimi bardzo jasnymi, kręconymi włosami dokładnie tak samo, jak tamten malec z obrazu sprzed wieku...

Opowiedziałam tę historię, wysyłając mój list do pana Mehoffera. Prawdę mówiąc, znów nie spodziewałam się odpowiedzi.

Dostałam ją kilka miesięcy później:

Pani list z dnia 23.3.2000 jest niesłychanie ujmujący i wzbudził we mnie od razu chęć posłania Pani, do Pani zbiorów, katalogu z wystawy "Opus Magnum"...

i wspomniany wyżej katalog, w postaci pięknego albumu.

Pomyśleć, przysłał mi to wnuk tamtego Mehoffera, którego ojcem był właśnie tamten mały blondynek z obrazu. Jak dziwnie plotą się ludzkie losy?

Bardzo sympatyczny list otrzymałam od samego Kapitana Klossa, czyli Stanisława Mikulskiego. Wiem, że pan Mikulski nie lubi, by go utożsamiać tylko z tą rolą, ale nie da się ukryć, że był wspaniałym Klossem.

Stanisław Mikulski nadesłał również paczkę książek - 1 i 2 tom "Stawki większej niż życie", bo choć nie był jej autorem, to - ... coś tam dla niej zrobił.

Miłe kontakty mamy z Ewą Nowacką, która przysłała nam kilka książek i swoje prywatne zdjęcia i z Haliną Popławską, z którą utrzymuję również kontakt telefoniczny. Mam od niej stałe zaproszenie, by odwiedzić ją w czasie mojego pobytu w Warszawie.

To autorka moich ulubionych książek, w tym "Klawikord i róża", którą mogłabym czytać często, nawet w celach zdrowotnej profilaktyki.

Smutno mi, gdy wspominam Wiktora Woroszylskiego i Józefa Ratajczaka - dwóch twórców poezji dziecięcej. Dziś obaj już nie żyją, a ja wciąż poszczycić się mogę nie tylko ich autografami, ale również tym, że koresponduję z żonami obu poetów - panią Janiną Woroszylską i prof. Dobrochną Ratajczakową, wykładowcą na Uniwersytecie im. Mickiewicza w Poznaniu.

Jeśli już przy wykładowcach jestem, to mamy też autograf prof. Marii Janion, wykładowcy i znawcy polskiej literatury romantycznej (ale nie tylko!) oraz zdjęcie z dedykacją prof. dra hab. filozofii księdza Józefa Tischnera. Dziś nie ma Go już między nami, ale jego pogodne, góralskie wywody filozoficzne pozostały i służyć będą każdemu przeciętnemu, "małemu człowiekowi", który zechce po nie sięgnąć.

Wspominając początki naszego zbioru nie sposób nie wspomnieć o naszych Noblistach - o Wisławie Szymborskiej (1996) i Czesławie Miłoszu (1980). Obydwoje nadesłali nam swe zbiory poezji z dedykacjami, stanowiące naszą prawdziwą chlubę.

Trzecim naszym Noblistą jest Lech Wałęsa, od którego nadeszła biograficzna książka oraz

...własnoręczny autograf.

Na wysłanie listu do Marka Niedżwieckiego, dziennikarza radiowej "3" namówił mnie syn, wielbiciel całej rozgłośni, a Listy Przebojów "Niedźwiedzia" - zwłaszcza.

"Niedźwiedź" nie zawiódł, odpisał, a nawet nadesłał pięknie wydaną książkę o swojej liście przebojów, podpisaną - uwaga! - złotym mazakiem. Ci, którzy słuchają "3", wiedzą, o co chodzi, ci, którzy nie słuchają - trudno - niech żałują! Od Marka Niedźwieckiego mamy też kilka firmowych naklejek "3".

Cóż, nie da się ukryć, po prostu miałam szczęście!

Chyba na osobny rozdział zasługuje moja korespondencja z Wojciechem Żukrowskim, zapoczątkowana w 1996 roku, która trwała aż do śmierci pisarza w 2000 roku.

Wojciech Żukrowski wyraźnie się ucieszył, kiedy